SUBskrypcj@
Lenin-zine

Twój email



dowiedz się więcej >>
piątek, 30 czerwca 2006
złe kody
za nami upojna noc
potem wyjazd do Katowic, ona do Domu, ja do roboty, gdzie czeka mnie kolejny dzień, jak się okazało nie muszę na razie obklejać nowych pojemników, gdyż kody, któe miałem nalepiać, sa lewe, gościu z firmy, która je zrobiła, twierdził, że to niemożłiwe, zdziwił się jak przyjechał
poza tym dzień ja co dzień, zapowiada się małe szaleństwo, gdyż od jutra mają się zmienić ceny leków refundowanych, jedna apteki więc zakupują jak zwariowane, inne nie reagują, na przykąłd Leszek dostał towaru w ciul i trochę, anwet miał z pięć basenów z promocji do zabrania, za to Roman się wkurwił animentnie, zapakował osbie towar na auto, odebrał faktury, patrzy, ma mieć 50 kilka sztuk paczek, a ma ich na aucie ponad 70, co się okazło? pozostały towar ma być na 3 lipca, debile nie apteki, inni potrafią robić adnotacje na wuzetkach, które widzimy, ale tamte już nie mogły tego zrobić, i co teraz?nie wiem jak to załatwiły,ale obgadał sprawę z kierownikiem Cz., a rano miałem jeszcze jazdę z kierwocami na szpitale, którzy wzięli towary do odbioru włąsnego, pomimo adnotacji (mieli za dużo), w innym zamówieniu zaś było za dużo, tam za mało, okazało się, że to się da wyrównać, masakra, ale dzień zleciał nawet fajnie
na Mickiewicza spotkałem Mopsia, skończył mu się staż w NFZecie i teraz usilnie od miesiąca szuka roboty, ciężka sprawa, zwłazcza w tym okresie, gdzie niemal wszystkich biorą na okres wakacyjny
do mieszkania miał zajechać Mariusz, ale zepsuło mu się auto, więc miał go podwieźć tata od Myszy, ale temu pierwszemu znowu coś wypadło, nad tym mieszkaniem wisi jakieś fatum
pogoda się zepsuła, pada deszcz, ale jest to miła odmiana po tych równikowych wręcz temperaturach
18:04, lenin_grad
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 czerwca 2006
mniej upału
pobudka rano u Myszy, jak zwykle u niej jestem pół przytomny, jakoś nie chce mi się wracać do rzeczywistości, a potrafię się szybko rozbudzić, przydawało się w czasie drzemek na stacji, gdy nagle ktoś się niespodzianie pojawiał w drzwiach i chciał na przykład tylko fajki
w robocie zmieniałem Gienka, jak zwykle trochę pomarudził, dziś żaden akwizytor nie walnął numeru z zabraniem viagry od kogoś innego, tylko 518 ma teraz problemy, jakiś czas temu miał wypadek, tir go zahaczył, i teraz jeździ autem zapasowym, które jest sporo mniejsze od tego właściwego, i jak na złość ma zamówienia takie dość spore, na przykłąd całą dostawę poranną musiał brać na dwa razy, co przy normalnym aucie by się nie zdarzyło
i mamy nowe pojemniki, takie nieduże, pojemność może 5 litrów, ale u mnie z takim ocenianiem kiepsko, więc może być więcej, w najbliższych dniach będę musiał je obklejać, ot, kolejna robota, więc nie trzeba będzie szukać jakiegoś dekowania się
jest taka usługa w firmie jak cito, czyli wyjazd z nagłym zamówieniem, któe nieraz jest debilne, zdarzały się apapy tylko, albo jakiś syropek, dziś wyskoczyło zamówienie ze Szczęść Boże z Sosnowca, jedno zamówienie, jedna tytka, no i Krzysiu musiał z tym pojechać, a jakieś półtorej godziny później posypało się jakieś 5 zamówień i to takich sporych z tej apteki, kretynizm po prostu
po robocie skoczyłem do biblioteki głównej na USiu, miałem oddać książki we wtorek, ale mi się zapomniało, na szczęście jest taki okres bezpieczeństwa, zdaje się 6 dni i się nie płaci kary, zmieściłem się
Mały musiał zajechać do WKU, skończył tą swoją szkołę, ma tytuł technika informatyka, teraz, aby nie zawitać do armii, zdecydował się na jakieś zarządzanie na polibudzie
wieczorem przyjechała Mysza, wykorzystuje swój urlop, miała iść z kuzynkami na basen, ale pogoda się skopciła, a była taka fajna, taka basenowa, za to odwiedziła jakąś swoją koleżankę Anię, osobe o dość pokręconej biografii, z powodu choroby nieprzyjętej do zakonu, która znalazła swoją miłość, życie bywa zakręcone
pogoda trochę zelżyła, już nie ma takiej hicy, czyli upału, trochę chmurek się pojawiło, jednak nadal jest duszno, tak jakby jakiś deszcz wisiał i czekał, aby wszystkich uziemić, jakaś ulga, po tych ponad trydziestostopniowych upałach
21:12, lenin_grad
Link Komentarze (1) »
wtorek, 27 czerwca 2006
Dziwne zwyczaje w Śląskim Ogrodzie Zoologicznym, czyli... Wal myszą w mur!
Świnkę morską, mysz czy szczura hodowlanego należy złapać za nogę lub ogon i walnąć w betonową podłogę. Jeżeli się rusza, uderzyć jeszcze raz, a potem rzucić na pożarcie drapieżnym ptakom. Taką instrukcję otrzymał Jerzy Burnat od swoich przełożonych w Śląskim Ogrodzie Zoologicznym. Zaprotestował i... stracił pracę, już po miesiącu.

- W lecznicy zwierząt, którą prowadziłem przez wiele lat, walczyłem o życie szczurów czy chomików, a teraz tak barbarzyńsko mam je zabijać?! Powiedziałem, że mogę śmietniki czyścić, ale nie przyłożę ręki do tego barbarzyństwa - mówi Burnat.
Z wykształcenia magister inżynier zootechnik z zamiarem napisania doktoratu, dziś bezrobotny mieszkaniec Bytomia. Gdy odmówił wykonania polecenia, usłyszał, że może sobie mówić i myśleć co chce, ale swoje zrobić musi, bo wszyscy tak robią. Sowy, kruki czy pawie czekają na swoja porcję świeżego mięska.
Codziennej praktyki z "eutanazją" nic nie zakłócało przez wiele lat, gdyż nikt z personelu nawet nie miał wyrzutów sumienia. Za ogon, w posadzkę czy mur i - po takich męczarniach - do talerza ptactwa. Gryzonie, podane żywe, pewnie uciekłyby z klatki. Codziennie więc co najmniej dwadzieścia hodowlanych myszy, szczurów, chomików, świnek morskich czeka ten sam los - świadomie zadany im ból.
- Prawo mówi, że zwierzęta trzeba traktować humanitarnie, a to znaczy, że nie powinny cierpieć. Najbardziej humanitarne zabijanie to usypianie gazem - przekonuje Burnat.
W Śląskim Ogrodzie Zoologicznym nie ma dotąd żadnego urządzenia do humanitarnego obchodzenia się ze zwierzętami przeznaczonymi na karmę, przyznaje to także dyrektor zoo, Jan Piotr Liszka. Na przykład króliki na karmę przywożone są żywe, w workach.
- W jaki sposób je traktowano - nie wiem, ale urazy zewnętrzne w okolicach głowy ewidentnie były widoczne. Uderzano nimi o podłogę lub dostawały pałą w głowę, i to wielokrotnie. Potem kawałkowano ciało i podawano ptakom drapieżnym - dodaje Jerzy Burnat.
Zootechnik najpierw zwrócił uwagę swoim bezpośrednim przełożonym, że tak nie można traktoważ zwierząt. Poszedł z tym swoim niezadowoleniem do dyrektora Liszki. Też na nic. Wszyscy byli wyraźnie zdziwieni, że 51-letni Burnat im głowę zawraca, zgłasza takie niedorzeczności, a przecież to tylko myszy, szczury, chomiki...
- Cały Dział Ptaków wiedział, że ja odmówiłem wykonania polecenia, że protestuję przeciwko takim praktykom. Gdy więc byłem zajęty, na przykład krojeniem rozmrożonych ryb, inni pracownicy specjalnie otwierali drzwi i pod moimi nogami tłukli gryzoniami o posadzkę - przypomina Burnat.
Obojetność pracowników zoo musi szokować. Przecież to znich powinniśmy brać przykład dobrego traktowania zwierząt. Dwa dni potem, jak Jerzy Burnat zgłosił kierownictwu śląskiego zoo swoje uwagi na temat okrutnego zabijania gryzoni, dostał wypowiedzenie z pracy.
- Byłęm niewygodny, więc chciano się mnie pozbyć - uważa - Pytałem, czy są zastrzeżenia do mojej pracy. Nie było. I nagle wymówienie.
Na oficjalnym druku prezes Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku Andrzej Włoszek napisał, że przyczyną wypowiedzenia jest "niespełnienie oczekiwań pracodawcy w zakresie wykonywania czynności pielęgnacyjno-porządkowe w dziale Ptaki", a także trudności w adaptacji i współpracy z pracownikami.
- Nieprawda - ripostuje Burnat - Te trudności w adaptacji to mój sprzeciw na publiczne wyzywanie i obrzucanie błotem nowo szkolonych pracowników.
Burnat wniósł sprawę do sądu. Chce m.in., by śląskie zoo zapłaciło 5 tys. zł na rzecz Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w Zabrzu Biskupicach za wieloletnie znęcanie się przed śmiercią nad gryzoniami hodowlanymi.
Nieznane są jeszcze wyroki sądów, ale Jerzy Burnat już odniósł sukces. Dyrektor Liszka zapowiedział, że zainteresował się innymi metodami zabijania zwierząt - za pomocą dwutlenku węgla, że postara się takie urządzenie sprowadzić na Śląsk. Oby tylko dotryzmał słowa...
Zastrzelili misia Bruno
Zieloni grożą myśliwym za akcję w górach

Brunatny niedźwiedź, włóczący się po Alpach na niemiecko-austrackim pograniczu, nie żyje. Myśliwi zastrzelili misia wczoraj rano na terenie powiatu Miesbach. Bawarskie wąłdze zezwoliły na odstrzał już w sobotę, po dwóch tygodniach nieudanych prób pojmania Bruna żywcem. Miś, który zabił sporo zwierząt hodowlanych, mógł być groźny także dla ludzi.
Sfora fińskich psów specjalnie szkolonych do tropienia niedźwiedzi bezskutecznie poszukiwała Bruna. Ich akcja kosztowała podatnikó 30 tys. euro, a miś skutecznie wymykał się pogoni. Zastrzelono go jednym strzałem, z odległości 150 metrów. Ale władze Bawarii nie chcą ujawnić nazwisk myśliwych. Do krajowego ministerstwa środowiska nadeszły już emailowe pogróżki pod ich adresem.
Niedźwiedź pojawiał się od tygodni w pobliżu osiedli, porywał owce, króliki i kozy. Bruno przywędrował do Niemiec z parku narodowego we włoskim Południowym Tyrolu. Był gwiazdą tegorocznego sezonu. W Bawarii pojawiły się koszulki z wizerunkiem niedźwiedzia i napisem "Nie złapiecie mnie".
Stephen Lawhead - Mistyczna róża
nie mogąc dorwać części drugiej przeskoczyłem do części trzeciej
Oto zakończenie historii mówiącej o wyprawach dzielnych wojowników z Orkadów do Ziemi Świętej. Tym razem główną bohaterką jest Caitriona, młoda spadkobierczyni gorących uczuć mieszkańców Północy.
Pomijam intrygę, gdyż nie jest zbyt zawiła. Momentami ksiązka jest przewidywalna, jednak nie nudzi. Podróż grupy wojowników z Azji Mniejszej do Hiszpanii jest takim obrazem ówczesnego świata. Czasem tylko jestem pod wrażeniem tego, jak wieleosób znało wtedy łacinę. Ale to chyba już była wyobraźnia autora.
Nawiązanie do Boga mnie osobiście trochę drażni, gdyż jest strasznie naciągnięte, jak dla mnie zbyt idealne. I wszystko się zawsze kończy szczęśliwie, pomimo iż zaczyna się tragicznie.


Ocena 4/6
12:01, lenin_grad , kulturnie
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7