SUBskrypcj@
Lenin-zine

Twój email



dowiedz się więcej >>
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
ałałałałała
Koniec świąt. Koniec urlopu. Problemy jak były, tak są do tej pory. Spraw mieszkaniowych jeszcze nie załatwiliśmy z powodu urlopy pewnej pani, która musi zrobic odbiór i wróci dopiero po świętach. Czyli jednak coś zawsze stoi na przeszkodzie, choćby człowiek się starał, zawsze jakaś kłoda.
Żaba robi nas w konia. Nauczyła się mówić "ałałała". Mało tego - zauważyła, że naszą uwagę, gdy tak krzyczy. Przy pytaniu co boli pokazuje z reguły wszystko naokoło. Ale najważniejsze, że ktoś do niej przyszedł.
Czuję ból. Nie cały czas, ale coraz częściej. Moge go porównać jedynie w tym, jak miałem czyraka na dupie. Tylko, że tamten był cały czas, monotonny, silny, prawie niszczący. Ból zęba jest męczący, byłby gorszy gdyby napieprzał cały czas. Cóż, miałem zrobić RTG, nie zrobiłem bo nie bolało. Teraz pewnie będzie kasacja zęba.
wtorek, 19 kwietnia 2011
mała ucieczka od cywilizacji
Weekendowy wypad na wieś udany. Trochę lepszych wspomnień, trochę mniej ciekawych. Nasze wypady z Żabą są o tyle fajne, że nikt się nas za bardzo nie czepia. Wszyscy wokół niej biegają i się cieszą, jak im zrobi "tytyty". A robi to z lekkim zagubieniem, przechodząc prawie w "papapa". Chyba jak każde dziecko na niesamowity talent zjednywania sobie ludzi. A jak zrobi króliczka, to już w ogóle, narody klękajcie lub na grzbiet robić biedronkę. Babcia się trzyma, osiem dekad na karku, a szybkością ruchów przeskakuje o lata świetlne niektóre osoby z pracy. Po dogach jeżdżą tam wariaci - uwierzcie, droga na której ledwo miną się dwa maluchy, a naprzeciw spore auta, bo nie można mieć małego piżdzik, bo to obciach. Tniemy co fabryka dała. W razie czego niech hamuje ten, co z naprzeciwka. Może być makabrycznie. Brak wyobraźni jest wszechobecny. Ogólnie trafiliśmy w czas, gdy przyroda się budzi do życia, więc ptaków się naogladaliśmy, a że babcia wyłożyła jeszcze margarybę na onko, to sikory codziennie obijały sie o okno. Nie zapominajmy o dzięciole, któremu zasmakował kawałek słoniny. Było świetnie. Neta zero. Zasięg taki, że podczas rozmowy strach było zrobić jeden krok, żeby nie stracić pola (:)). Ogólne zdziwienie, lekko ukrywane, na wieść, że nie mamy telewizora (stąd fascynacja lekka tym pudłem u Żaby). Około piętnastokilometrowy spacer - jeszcze nie wyszliśmy z formy.
czwartek, 07 kwietnia 2011
Rudo
Kolana mi zaraz wyskoczą z panewek i zaczną gibać się na wszystkie strony. Dawno nie miałem takiego stanu. Może na zmianę pogody. nigdy nie pamietam o tym, by jakoś zaznaczyć czy zapisać w pamięci, kiedy to mnie rwało w kościach, i jaka była później pogoda. Inaczej trudno stwierdzić z jakiego powodu te bóle. Raczej nie ze spaceru. Łażąc po lasku podeszliśmy z Żabą na jakiś metr do wiewiórki. Te nasze są mało strachliwe, ludzie je karmią, więc pewnie sama liczyła na coś niecoś. Byłą jeszcze trochę wypłowiała, pewnie nie zdążytła zmienić futra na wiosenne. Ale już niedługo.
wtorek, 05 kwietnia 2011
Nie pomników nam trzeba
Okrągła, jednoroczna rocznia zbliża się wielkimi krokami. Szykuje się do ataku niczym bibijna szarańcza. Już stoi za rogiem, łypie  okiem zza latarni, czai się w lodówce. O zmarłych należy pamiętać, oni uksztaltowali świat, który nas przyjął. Czasem był to bardzo bezpośredni sposób, czasem zwykła obecność. Jednak nie róbmy z tych ludzi, teraz mówię konkretnie - chodzi mi o ofiary katastrofy smoleńskiej, nie czyńmy z nich kolejnego przystanku martyrologii. Owszem, prezydent i generałowie, posłowie, wyżsi urzędnicy kościelni, ludzie zasłużeni dla Polski, mniej lub bardziej, z pewnością część z nich znalazłaby się w podręcznikach do historii, bez potrzeby umierania na obcej ziemi. Tymczasem ich fanatycy czynią z nich ikonę demokracji i wolności, zapominając, żę wciąż żyją inni ludzie. Domagają się zadośćuczynienia krzywd, ale informacje, które przychodziły na temat ich wsparcia finansowego ze strony rządu wołą o pomstę do nieba, od rodzin of katastrofy Casy czy zawalenie się Hali Targowej w Katowicach. Oni nie mogą się do dziś doczekać rozpatrzenia wniosków, wciąż są traktowani najczęściej jako wariaci, którzy coś tam chcą. Im pomników stawiać jakoś niewielu chce. Dlaczego? Bo mało medialne? Bo nie ma nazwisk? Tam również zginęli ludzie, tacy sami, może nawet czasem bardziej wartościowi od niektórych z pamiętnego Tupolewa. Tym ludziom należą się pomniki, bo o tamtych i tak zapamiętamy, a przynajmniej podręczniki historii. Zapalczywa gonitwa o uświetnienie dnia dziesiątego kwietnia zaczyna przybierać kolory farsy. Próby wymuszenia zmian programowych, żeby tylko broń Boże nikt w telewizji nie ujrzał jakiegoś pomylonego show, bo to przecież będzie chańba. Wymyślanie na wyscigi nowych pominków i ulic oraz placów imienia kolejnego zmarłego. Wredna gonitwa sepów kosztem wspomnień o swoich bliskich lub współpracownikach. To jest chore i powinno być piętnowane, a co najmniej wyśmiewane. Szkoda tylko, że ma tak wielką siłe poparcia i wciąż żyje. Następna niedziela pewnie i tak przejdzie bez większych ekscesów, chyba, że Prezes ponownie zrobi wykład z historii ewentualnie etyki. Bądźmy przygotowani. Pamiętajmy, ale popadajmy w przesadę.
poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Terry Pratchett - Niewidoczni akademicy
W wyniku konfliktu tradycji i słodkiej rzeczywistości elita Niewidocznego Uniwersytetu musi na boisku i zmierzyć się w jakimś meczu, byle tylko podtrzymać swoje fundusze. W przseciwnym wypadku przepadnie deska z serami. A to by była tragedia!! W tej sytuacji należy zaznajomić się z zasadami tej gry, zrozumieć dlaczego stanowi taką frajdę dla społeczeństwa, a zwłaszcza, czy da się w czasie meczu zjeść zapiekankę. Dziekan Ridcully będzie miał do pomcy w takiej sytuacji swojego asystenta, sekretarza, zastępce etc. Stibbonsa, młodego Treva Likely'ego, chłopaka, który z puszką wyczynia co tylko sobie umysł wymarzy (nie chodzi o wypicie duszkiem czy inną zjawą), pana Nutta, jak się okazuje orka, który stara się nadać swojemu życiu wartość (co wcale nie jest łatwe, jeśli spojrzy na historyczne brzemię orków) oraz plejadę innych kolorywch postaci. Gra w piłkę jest ponownie tylko pretekstem, by przedstawić w dyskowy sposób fascynację ludzi piłką nożną oraz jej pozaboiskowy wymiar. Przy okazji można podyskutować o tolerancji, świecie celebrytów, zapiekankach oraz hierarchii służebnej. Wszystko polane sosem dyskowym, co sprawia, że zapiekanka jest bardziej strawna i smaczniejsza. Duże podziękowania dla tłumaczy, którzy naprawdę muszą stawać na głowie, skoro ich praca jest w dalszym ciągu dla nas niesamowita zabawą.

4,5/6
21:18, lenin_grad , kulturnie
Link Dodaj komentarz »